Wyścig z czasem

Z Grim Omen

Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
(→Opowieść Moiry)
 
Linia 23: Linia 23:
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Nie muszę chyba dodawać, że znalazłam się w pomienionej grupie, wraz z Artemis i naszymi kumplami od kart – Marcusem i Caimem. Aby odwrócić uwagę od wesołej czwórki, Pajęczyca urządziła pokazówkę po drugiej stronie planety, pozwalając Gwardii przeprowadzić manewry pod tytułem „szukamy samowolnego Inkwizytora”. My zaś rozpoczęliśmy wyścig z czasem, oraz osobnikiem, którego działania tak bardzo poruszyły Ariadne. Naszym zadaniem było dostanie się do ruin siedziby martwego Zakonu, odnalezienie pewnej maszyny czy innego wichajstra i wyciągnięcie z niego rdzenia, który następnie należy grzecznie przynieść szefowej w zębach. Tyle planu, wykonanie to już oddzielna historia. Po pierwsze, wylądowaliśmy dobrych parę godzin forsownego marszu od punktu docelowego, bo przecież kto by się przejmował czymś tak banalnym jak celność zrzutu z orbity. Po drugie, już na pierwszym postoju zaatakowała nas horda lokalnych orków, nie pozwalając nawet porządnie odetchnąć. No i po trzecie, gdy już udało nam się dotrzeć do ruin, ruszył na nas komitet powitalny w sile dwóch tuzinów Marines Chaosu wspartych czarownikiem. Znana Ci jest historia bitwy o Gorące Wrota? No właśnie… wiesz już, w jakiej byliśmy wtedy sytuacji. Jednakże zanim zdążyliśmy heroicznie polec, zabrawszy wcześniej ze sobą tylu wrogów ilu tylko zdążyliśmy ubić, pojawił się deus ex machina, a właściwie eldar ex ruina. Tego akurat nie zdołałam obejrzeć, bo byłam zbyt zajęta umieraniem – pociski czystej energii mają często brzydką tendencję to podpalania celu – i gdyby nie Artemis, pewnie nie miałabym okazji kusić losu po dziś dzień.</p>
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Nie muszę chyba dodawać, że znalazłam się w pomienionej grupie, wraz z Artemis i naszymi kumplami od kart – Marcusem i Caimem. Aby odwrócić uwagę od wesołej czwórki, Pajęczyca urządziła pokazówkę po drugiej stronie planety, pozwalając Gwardii przeprowadzić manewry pod tytułem „szukamy samowolnego Inkwizytora”. My zaś rozpoczęliśmy wyścig z czasem, oraz osobnikiem, którego działania tak bardzo poruszyły Ariadne. Naszym zadaniem było dostanie się do ruin siedziby martwego Zakonu, odnalezienie pewnej maszyny czy innego wichajstra i wyciągnięcie z niego rdzenia, który następnie należy grzecznie przynieść szefowej w zębach. Tyle planu, wykonanie to już oddzielna historia. Po pierwsze, wylądowaliśmy dobrych parę godzin forsownego marszu od punktu docelowego, bo przecież kto by się przejmował czymś tak banalnym jak celność zrzutu z orbity. Po drugie, już na pierwszym postoju zaatakowała nas horda lokalnych orków, nie pozwalając nawet porządnie odetchnąć. No i po trzecie, gdy już udało nam się dotrzeć do ruin, ruszył na nas komitet powitalny w sile dwóch tuzinów Marines Chaosu wspartych czarownikiem. Znana Ci jest historia bitwy o Gorące Wrota? No właśnie… wiesz już, w jakiej byliśmy wtedy sytuacji. Jednakże zanim zdążyliśmy heroicznie polec, zabrawszy wcześniej ze sobą tylu wrogów ilu tylko zdążyliśmy ubić, pojawił się deus ex machina, a właściwie eldar ex ruina. Tego akurat nie zdołałam obejrzeć, bo byłam zbyt zajęta umieraniem – pociski czystej energii mają często brzydką tendencję to podpalania celu – i gdyby nie Artemis, pewnie nie miałabym okazji kusić losu po dziś dzień.</p>
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Eldarski pogromca Chaosu, jak się okazało, przybył tam w tym samym celu co i my, czyli po rdzeń. Nie wiem, czym dokładnie przekonali go nasi Astartes, ale zgodził się udostępnić kopię danych z maszyny do wglądu Szefowej. Nim zniknął równie tajemniczo jak się pojawił, przestrzegł nas przed rychłym przybyciem Arhimana, czego wtedy – o słodka naiwności – nie pojęliśmy. Nie był to jednak czas na dywagowanie nad mętnymi eldarskimi słowami. Szybki kontakt z krążownikiem zapewnił nam przylot małej jednostki z zapasami amunicji i medykamentów. I kolejnymi rozkazami. Ariadne udało się zidentyfikować miejsce pobytu tajemniczego Inkwizytora, do nas należało jedynie go złapać. Ot, taka drobnostka, wymagająca przedzierania się przez zapełnione mutantami i innymi pokracznymi, skażonymi Chaosem stworami tunele wiodące do ogromnego podziemnego kompleksu. Artemis, kochana dziewczyna, zdecydowała się zostać z nami, zamiast zamienić się z bratem i wrócić na okręt. Nigdy nie zapytałam, czy zrobiłaby to samo, wiedząc co nas potem czeka.</p>
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Eldarski pogromca Chaosu, jak się okazało, przybył tam w tym samym celu co i my, czyli po rdzeń. Nie wiem, czym dokładnie przekonali go nasi Astartes, ale zgodził się udostępnić kopię danych z maszyny do wglądu Szefowej. Nim zniknął równie tajemniczo jak się pojawił, przestrzegł nas przed rychłym przybyciem Arhimana, czego wtedy – o słodka naiwności – nie pojęliśmy. Nie był to jednak czas na dywagowanie nad mętnymi eldarskimi słowami. Szybki kontakt z krążownikiem zapewnił nam przylot małej jednostki z zapasami amunicji i medykamentów. I kolejnymi rozkazami. Ariadne udało się zidentyfikować miejsce pobytu tajemniczego Inkwizytora, do nas należało jedynie go złapać. Ot, taka drobnostka, wymagająca przedzierania się przez zapełnione mutantami i innymi pokracznymi, skażonymi Chaosem stworami tunele wiodące do ogromnego podziemnego kompleksu. Artemis, kochana dziewczyna, zdecydowała się zostać z nami, zamiast zamienić się z bratem i wrócić na okręt. Nigdy nie zapytałam, czy zrobiłaby to samo, wiedząc co nas potem czeka.</p>
-
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Zagłębiliśmy się w labirynt. Detale wędrówki pozwolę sobie opuścić, no bo co interesującego może być w opowieściach o strzelaniu do chaotycznych pomiotów. Za to w pewnym momencie coś się stało… Nie wiem, czy pojmiesz, nawet gdybym starała się to wytłumaczyć – język bardzo często bywa zbyt ubogi na określenie tajemnic Immaterium. Wyobraź sobie nagłą zmianę w naturalnym rytmie pulsu świata, swego rodzaju załamanie wzorca, którego nieregularne echo rozchodzi się, przenikając wszystko na swojej drodze. Już? No więc w niczym to tego nie przypominało. Za to dało nam dodatkowy powód, by jak najszybciej wkroczyć do kompleksu, którego ściany, wykonane z dziwacznego, zielonkawego kamienia wkrótce pojawiły się przed nami. Minęliśmy zwłoki Marines Chaosu i coś, co przypominało szczątki posągu lub golema i po krótkim kluczeniu trafiliśmy do sporej sali z czymś w rodzaju wbudowanej w podwyższenie konsolety. A tam… był [[Castus|on]], we własnej osobie, otoczony świtą Mrocznych Aniołów. Po chwili konsternacji i wzajemnego trzymania się na celownikach, raczył poinformować nas, że tajemniczy Arhiman, o którym wcześniej wspominał eldar, był tu nie dalej jak godzinę temu (co tłumaczyłoby wcześniejsze zjawisko), a nasz krążownik uciekł, spisując nas tym samym na straty. Jakby tego było mało, kompleks zaczął się rozpadać, w każdej chwili grożąc nam pogrzebaniem żywcem. Czy co? Czy nasz nowy znajomy zaoferował nam pomoc? Skądże znowu. Dysponował co prawda teleporterem, ale wyłącznie dla siebie i swojej świty. My zostaliśmy, opuszczeni przez naszych pracodawców, kilkaset metrów pod ziemią, mądrzejsi o kilka informacji na temat Arhimana i z potencjalną długością życia śnieżki w piecu hutniczym. Wydawało się, że jedyne co nam pozostało to rachunek sumienia, gdy tuż obok otwarła się szczelina w osnowie świata i pojawił się w niej nasz niedawno poznany eldar, z sobie tylko znanych powodów zdecydowany odsunąć nasze spotkanie z zaświatami.</p>
+
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Zagłębiliśmy się w labirynt. Detale wędrówki pozwolę sobie opuścić, no bo co interesującego może być w opowieściach o strzelaniu do chaotycznych pomiotów. Za to w pewnym momencie coś się stało… Nie wiem, czy pojmiesz, nawet gdybym starała się to wytłumaczyć – język bardzo często bywa zbyt ubogi na określenie tajemnic Immaterium. Wyobraź sobie nagłą zmianę w naturalnym rytmie pulsu świata, swego rodzaju załamanie wzorca, którego nieregularne echo rozchodzi się, przenikając wszystko na swojej drodze. Już? No więc w niczym to tego nie przypominało. Za to dało nam dodatkowy powód, by jak najszybciej wkroczyć do kompleksu, którego ściany, wykonane z dziwacznego, zielonkawego kamienia wkrótce pojawiły się przed nami. Minęliśmy zwłoki Marines Chaosu i coś, co przypominało szczątki posągu lub golema i po krótkim kluczeniu trafiliśmy do sporej sali z czymś w rodzaju wbudowanej w podwyższenie konsolety. A tam… był [[Castus|on]], we własnej osobie, otoczony świtą Mrocznych Aniołów. Po chwili konsternacji i wzajemnego trzymania się na celownikach, raczył poinformować nas, że tajemniczy Arhiman, o którym wcześniej wspominał eldar, był tu nie dalej jak godzinę temu (co tłumaczyłoby wcześniejsze zjawisko), a nasz krążownik uciekł, spisując nas tym samym na straty. Jakby tego było mało, kompleks zaczął się rozpadać, w każdej chwili grożąc nam pogrzebaniem żywcem. Czy co? Czy nasz nowy znajomy zaoferował nam pomoc? Skądże znowu. Dysponował co prawda teleporterem, ale wyłącznie dla siebie i swojej świty. My zostaliśmy, opuszczeni przez naszych pracodawców, kilkaset metrów pod ziemią, mądrzejsi o kilka informacji na temat Arhimana i z potencjalną długością życia śnieżki w piecu hutniczym. Wydawało się, że jedyne co nam pozostało to rachunek sumienia, gdy tuż obok otwarła się szczelina w osnowie świata i pojawił się w niej Arlekin, wysłannik naszego niedawno poznanego eldara, z sobie tylko znanych powodów zdecydowanego odsunąć nasze spotkanie z zaświatami.</p>
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">I tak oto xeno pokazał ludzką twarz, ratując nas przed niechybną zagładą… Choć tu akurat wielu przedstawicieli Ordos zapewne polemizowałoby twierdząc, że śmierć jest lepsza niż dobrowolne wstąpienie na eldarskie ścieżki w Spaczni. Jako że jednak nigdy nie znaleźli się na naszym miejscu, pozostaje życzyć im dalszego, spokojnego i pozbawionego konieczności pragmatycznych wyborów życia. Czy mam za złe Ariadne, pytasz? Dlaczego? I tak nie było dla nas nadziei, a kierowanie się w takiej sytuacji sentymentem i narażanie całej obsady okrętu dla naszej czwórki zakrawałoby na głupotę i lekkomyślność. A o to akurat Starej Pajęczycy posądzać nie sposób.</p>
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">I tak oto xeno pokazał ludzką twarz, ratując nas przed niechybną zagładą… Choć tu akurat wielu przedstawicieli Ordos zapewne polemizowałoby twierdząc, że śmierć jest lepsza niż dobrowolne wstąpienie na eldarskie ścieżki w Spaczni. Jako że jednak nigdy nie znaleźli się na naszym miejscu, pozostaje życzyć im dalszego, spokojnego i pozbawionego konieczności pragmatycznych wyborów życia. Czy mam za złe Ariadne, pytasz? Dlaczego? I tak nie było dla nas nadziei, a kierowanie się w takiej sytuacji sentymentem i narażanie całej obsady okrętu dla naszej czwórki zakrawałoby na głupotę i lekkomyślność. A o to akurat Starej Pajęczycy posądzać nie sposób.</p>
-
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">A co stało się potem? Cóż, nasz wybawca, Maugan Ra – oddychaj, na Miecz Drususa, oddychaj! No… już lepiej. Tak, to był on, we własnej ponurej żniwiarskiej osobie. Otóż, on zaprowadził nas do…
+
<p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">A co stało się potem? Cóż, nasz wybawca, Maugan Ra – oddychaj, na Miecz Drususa, oddychaj! No… już lepiej. Tak, on, we własnej ponurej żniwiarskiej osobie przysłał Arlekina. Który zaprowadził nas do…

Aktualna wersja na dzień 21:33, 4 gru 2011

Osobiste
Przestrzenie nazw
Warianty
Działania
Nawigacja
Narzędzia