Cienie nad Iocanthos
Z Grim Omen
dla
Cienie nad Iocanthos
Skocz do:
nawigacji
,
wyszukiwania
[[Kategoria:Przygoda]] {{Wydarzenie Infobox |name=Cienie nad Iocanthos |date=20 czerwca - 2 września 42019 |imperialdate=4 468-671 019.M42 |planet=Iocanthos |place=Góry Zgrzebne/Złe ziemie |scenario=Cienie nad Iocanthos }} == Podsumowanie == === Początek === Na prośbę i zawiadomienie Opata Skae Święty Ordo Hereticus wysłał swego sługę, Aristarchusa Proroka by zbadał dziwaczne zdarzenia otaczające budowę Katedry Ku Chwale Jego Boskości Imperatora Ludzkości. Do pomocy przydzielono mu grupę Akolitów średniego szczebla, których w swej mądrości użyczył [[Zarkov Venris|Inquisitor Zarkov Venris]]. === Przebieg === <czekam na raport, tak?> === Zakończenie i skutki === Uwolniła się [[istota|Pradawny z Cienia]] o bliżej nieznanej mocy, ewidentnie służąca jednej z wielkich potęg Chaosu - Temu, Który Zmienia Drogi. Akolici stracili kilka tygodni z życia w nieznanych okolicznościach. Mimo że dla Inkwizytorium to niewielki sukces, jednak dla planety znaczący - został wygnany (po raz kolejny) prześladujący Iocanthos Ojciec Kruków, Imperium zaangażowało się w stopniu który naruszył Status Quo na złych ziemiach - [[Vai Seth]] otrzymał święcenia Biskupa Eklezji za wyjątkową wiarę. Jest nadzieja... nadzieja że marzenia [[Eshy Raine|Esha Raine]] ziszczą się i ziemie Ashleen w końcu przestaną spływać krwią. [[Warlord Kos'ke|Kos'ke]] musiał wraz z kilkudziesięcioma wojownikami biorącymi udział w wyprawie udać się na Scintillę. Należy też wspomnieć o ocalonej ze szponów demona - [[Ezra Raine]], wnuczka [[Eshy|Esha Raine]] na polecenie Inkwizytora Venrisa została oszczędzona i przewieziona na Świętą Terrę, mimo wcześniejszego opętania. == Raporty == ===Castus=== <p align="justify">Na Iocanthos polecieliśmy już z kapitanem Gavhinem, którego jednostka szczęśliwie przetrwała trzepanie przez Inkwizycję. Z przebywających na statku a wartych wspomnienia osób wymienić należy Nawigatora Iona Bellisariusa, Kapłana Maszyny Ibhrana Doka, medyczkę Scarlet Deatrix oraz Lydię – córkę kapitana.<br/> <br/> W ogóle Omen okazał się wcale przytulnym miejscem, zwłaszcza że dostaliśmy osobne kajuty oraz nieograniczony dostęp do pokładowej biblioteki, siłowni czy basenu. No i przywilej jedzenia w mesie oficerskiej, co z całą pewnością wiązało się z bogatszym menu. Biorąc pod uwagę, że większość moich ówczesnych doświadczeń wiązała się z Czarnym Okrętem i warunkami tam panującymi, uważam że w temacie jakości podróży międzygwiezdnych poczyniłem spore postępy.<br/> <br/> Lot minął szybko i bez niespodzianek.<br/> <br/> Na miejscu skontaktował się z nami Adept Aristarchus, odpowiedzialny za śledztwo dotyczące fenomenów okultystycznych towarzyszących wznoszeniu pierwszej planetarnej Katedry. Okazało się, że budowa padła ofiarą czegoś na kształt klątwy: w dziwnych wypadkach ginęli ludzie, nocą ściany spływały krwią, lokalne bydło znajdowano z wydziobanymi oczami, zdarzały się napady morderczego szału, poza tym kilka osób zaginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Polecenie opata Orlanda Skae było proste – ustalić odpowiedzialnych i pozbyć się zagrożenia, ze śledztwem zdążyć do czasu poświęcenia budowli… czyli do południa następnego dnia.<br/> <br/> Pierwsze podejrzenia padły na przebywających akurat w okolicy nomadów Ashleen z plemienia Pana Wojny Kos’ke. Opat przekonany był, że za wszystkie nieszczęścia odpowiada doradczyni (wiedźma, według słów duchownego) przywódcy – Esha Raine. Jednak rozmowa z dzikusami nie przyniosła żadnych odpowiedzi. Okazało się za to, że Katedra budowana jest w miejscu uznawanym przez miejscowych za przeklęte. Faktycznie, od momentu przybycia miałem wrażenie, że coś niedobrego nam się przygląda. Przepytaliśmy również rodziny zaginionych, przeszukaliśmy ich domy – i nic. Jedyne co udało się ustalić, to że przed zniknięciem wykazywali nagłe skłonności ku agresji.<br/> Ataki ślepych kruków pod wieczór jeszcze się nasiliły.<br/> <br/> Bez żadnych konkretnych śladów a za to z mętlikiem w głowach udaliśmy się na spoczynek, licząc że następny dzień przyniesie jakiekolwiek odpowiedzi.<br/> <br/> Rzecz jasna myliliśmy się… Do wyświęcenia Katedry nie zdołaliśmy zdobyć choćby poszlaki wskazującej kto odpowiada za wszystkie wydarzenia. Jeśli byłby to demon, a nie można było tego wykluczyć, to ktoś musiał go przecież przyzywać, prawda? Oczywiście, do głowy nikomu nie wpadło, że najciemniej bywa pod latarnią. Mam nadzieję, że już się domyśliłeś kto był winny. Tak czy siak, w południe rozpoczęła się ceremonia. Piękna i podniosła, przypominała wszystkim zebranym o potędze Imperatora. I wtedy wpadli kultyści.<br/> Mówię – kultyści, chociaż nie jestem pewien czy w tych targanych mutacjami ciałach było jeszcze na tyle świadomości aby cokolwiek lub kogokolwiek czcić. Później okazało się, że napastnicy nosili znaki jednego z równinnych plemion.<br/> Gdyby nie wojownicy Kos’ke, obawiam się że było by z nami kiepsko. Chociaż w moim wypadku to raczej refleks i umiejętności strzeleckie Kalty oraz brawurowe szarże Flavii zdecydowały o przeżyciu w jednym kawałku.<br/> Atak został ostatecznie odparty, chociaż nie bez strat. Szczęśliwie większość ran nie okazała się śmiertelna. Podejrzewam, teraz – mając o wiele większe doświadczenie, że taki zresztą był cel – przerwanie ceremonii i osłabienie morale. Niestety zaogniło to dodatkowo konflikt między opatem a barbarzyńcami, którzy w końcu postanowili wynieść się w pobliskie góry. Być może… Być może gdybyśmy działali radykalniej i myśleli w szerszych kategoriach, nie doszło by do tego, demon znalazłby nosiciela bliżej i bylibyśmy w stanie na czas go odesłać. Może udało by się zapobiec rzezi, która miała wstrząsnąć całą planetą zaledwie dwa miesiące później. Nie przebudził by się Pradawny z Cieni i wszystko poszło by kompletnie inaczej.<br/> Ale nie zadziałaliśmy, nie domyśliliśmy się… JA się nie domyśliłem. Ashleen odeszli, a my zostaliśmy z narastającym problemem i bez pomysłów. Na szczęście po ataku ludziom jakby rozwiązały się języki – być może to widmo nagłej śmierci tak na nich wpłynęło. Do wieczora usłyszeliśmy jeszcze więcej historii o Katedrze i, znowu, o przeklętej ziemi. Niestety jedyną osobą, która mogła udzielić nam dokładnych informacji okazała się Esha Raine.<br/> Na poszukiwanie autochtonów wyruszyliśmy następnego dnia o świcie. Tyle dobrze, że Adept Aristarchus załatwił nam środek transportu – zdezelowaną Chimerę, bez broni i większości pancerza, za to z prawie pełnym bakiem. Ta nagła chęć pomocy z jego strony powinna była nas zastanowić…<br/> <br/> Do obozowiska barbarzyńców dotarliśmy dopiero po południu. Tam, w końcu, udało się przekonać wiedźmę, tak zwaną „Śpiewającą Umarłym”, że nasze intencje są słuszne. W zamian usłyszeliśmy o wielkiej walce między Świętym Drususem a demonem, niegdysiejszym władcą całej planety. Demon, zwany w legendach Ojcem Kruków lub Tańczącym Na Progu, przez trzy dni zmagał się ze Świętym, aby ostatecznie paść – dokładnie w miejscu, w którym stanęła Katedra.<br/> Nie wiem kto był tak arogancki, tak beznadziejnie głupi, aby coś podobnego wymyślić. Jasne, teraz wiem o Istotach z Immaterium o wiele więcej niż wtedy, ale do cholery ktoś musiał przecież obejrzeć plany. Czy nikomu się przyszło do głowy, że po tysiącach lat esencja demona potrzebuje czegoś więcej niż zniszczenia zewnętrznej powłoki, aby opuścić dane miejsce? Co gorsza, Adept Aristarchus okazał się być dalekim potomkiem Świętego, opętanym manią przywołania potęgi przodka.<br/> <br/> Podsumujmy – mieliśmy demona, który szukał powrotu do naszego świata. Mieliśmy tłum przerażonych, pełnych złych emocji ludzi zebranych w miejscu, które zostało z nim nierozerwalnie związane. Mieliśmy rozlaną w bestialskim ataku krew niewinnych, która tę ziemię nasyciła. Jedyne czego nie mieliśmy to czas. Należało jak najszybciej wrócić i ewakuować wiernych. Być może udało by się przekonać opata, że to co próbuje się przedrzeć jest robotą dla Szarych Rycerzy, nie dla nas. Niestety – powrót był niemożliwy. W nocy, na wąskich skalistych ścieżkach, nigdy nie udało by się nam dojechać do Katedry. Trzeba było czekać na brzask.<br/> <br/> Z pierwszymi promieniami świtu ruszyliśmy do miasteczka. Flavia, na szczęście, podczas poprzedniego naszego pobytu na planecie nauczyła się całkiem nieźle prowadzić wozy tego typu, więc pomimo fatalnego stanu drogi jechaliśmy dość szybko. Niestety nie wystarczająco szybko.<br/> Już przejeżdżając przez bramę wiedzieliśmy że coś jest nie tak – ulice były puste, nawet warty wystawione po ataku sprzed dwóch dni zniknęły. Pełni złych obaw ruszyliśmy w stronę Katedry.<br/> Tam… odbywał się rytuał. Adept Aristarchus, wobec wszystkich mieszkańców – nienaturalnie milczących i nieruchomych – wzywał Istotę, która zwiodła go podając się za duszę Świętego Drususa.<br/> <br/> Imperator mi świadkiem, próbowaliśmy go powstrzymać. Najpierw tłumacząc pomyłkę, potem zwyczajnie starając się go zabić. Jednak moc, którą dawał mu demon przerastała to, czym wtedy dysponowaliśmy. Teraz pewnie wszystko potoczyło by się inaczej – od tamtego czasu zdobyliśmy więcej doświadczenia i nauczyliśmy się kilku przydatnych sztuczek. Wtedy jednak zawiedliśmy. Demon, pochłaniając dusze wszystkich zebranych, powrócił, pozwalając w przypływie okrucieństwa w ostatniej chwili zrozumieć Adeptowi jego błąd. Jedynie cudowi przypisuję nasze ocalenie.<br/> <br/> Istota, nasyciwszy się chwilowo, odeszła w końcu. W towarzystwie setek ślepych kruków skierowała się na wschód – dokładnie w kierunku obozowiska Ashleen. My jednak, wiedząc że i tak nie zdążymy powiadomić ich o niebezpieczeństwie, postanowiliśmy pozostać. Trzeba było pogrzebać ofiary rytuału, poszukać jakichkolwiek dowodów winy Adepta, oraz zebrać potrzebny do walki z Istotą ekwipunek.<br/> <br/> Okazało się później, że głównym naszym zmartwieniem powinno być przetrwanie nocy…</p> == Ważniejsze postaci == == Dodatki i uzupełnienia == === Zza Kamery === ==== Scena 1 ==== <u>Gdzieś pomiędzy 10 sierpnia a 2 września</u> Otchłań tchnąca tysiącem kolorów, wirująca masa absolutnej abstrakcji, niepojmowalna pustka i pełnia jednocześnie... Pośród niej skrawek zielono-szarej skały, wyrwa rzeczywistości w nierzeczywistości - skrawek ''materium'' w ''immaterium''. Uśpione postacie unoszą się ponad nią, wyrwane z czasu, z fizyki i metafizyki, całkowicie pozbawione jakichkolwiek procesów. Postacie dziewczynki, dwójki kobiet i mężczyzny - akolitów Inkwizycji i dziecka.<br/> Gdzieś obok skrawka skały, zakuty w kulistą barierę wyje demon Tsyiak... lecz on też zapomni. Zmarszczka, zaburzenie, niewielki impuls, wydający się na tle nieskończoności ledwie mgnieniem - na podeście staje ptakokształtna istota, faeria kolorów w upierzeniu i wrażenie absolutnej wiedzy i potęgi roztaczają się w około, natychmiast jednak malejąc gdy drobne cienie z każdego miejsca tego skrawka ''materium'' układają się w drugą całość. - Doskonale, przekujemy ich dusze, by mogły nam... - rozpoczął ptakokształtny (myślą czy słowem, tutaj to bez znaczenia), uciszony jednak natychmiast gestem utkanej z cienia dłoni.<br/> - Obserwuj. Poznawaj. Studiuj. Spójrz na te nici, wątki, spójrz tam, gdzie spogląda tylko Wyrocznia. - wysyczały po chwili cienie.<br/> - Należą do nas, skoro mamy... Uwolniły Ciebie moje plany, Pradawny! Zarzucasz im słabość? - tym razem gest i ruch głowy nie powstrzymały ptatkokształtnego.<br/> - T’chaak, przepełniony złudną dumą. Jak każdy z Was. Aberracje, cienie blasku. - syczały powoli kształty gada, jak gdyby ważąc każde słowo. - Patrz i ucz się, demonie... patrz i ucz. ==== Scena 2 ==== <uwaga, '''smutne'''. Jeśli chcecie czytać - czujcie się ostrzeżeni!> <u>Czarny Statek, przyszłość? teraźniejszość?</u> Wyglądające chyba kiedyś na czternastolnetnie dziewczątko siedzi w niemal całkowicie pustej celi - prycz, wiadro na nieczystości, wiadro z wodą. Ogolona na łyso, pokryta złożonymi rysunkami dziewczynka wbija nieco przytępione spojrzenie w ścianę, także pokrytą niezliczonymi heksagramami i znakami ochronnymi. Majtając nogami z brzegu pryczy myśli głęboko... starając się przypomnieć sobie to, co jej pozostało. Twarz babki? Twarz Kos'Ke? Twarze, słowa, wszystko jest jakby wyblakłe, odległe. Jak Iocanthos, zaginiona kraina dzieciństwa. Unosi powoli dłoń i przygląda się z namysłem wystającym kościom, licznym śladom po igłach i otarciom. Kim... jestem? Rozlega się intensywne brzęczenie, już po chwili drzwi odsuwają się by ukazać zakapturzoną postać w szarych szatach. Dziecko niczym robot wstaje na baczność, wlepiając niewidzące spojrzenie przed siebie. - Już czas. - pada beznamiętne polecenie. Dziewczyna zaczyna wrzeszczeć. Krótkie uderzenie sprawia, że składa się jak lalka, pada na ziemię i już całkowicie bezradnie leży. Nawet nie krzyczy... tylko łzy ciekną z jej oczu.
Szablon:Wydarzenie Infobox
(
tekst źródłowy
)
Szablon:Wydarzenie infobox
(
tekst źródłowy
)
Wróć do strony
Cienie nad Iocanthos
.
Osobiste
Zaloguj się
Przestrzenie nazw
Strona
Dyskusja
Warianty
Widok
Czytaj
Tekst źródłowy
Wyświetl historię
Działania
Szukaj
Nawigacja
Strona główna
Portal społeczności
Bieżące wydarzenia
Ostatnie zmiany
Losowa strona
Pomoc
Narzędzia
Linkujące
Zmiany w dolinkowanych
Strony specjalne