Wyścig z czasem
Z Grim Omen
dla
Wyścig z czasem
Skocz do:
nawigacji
,
wyszukiwania
[[Kategoria:Przygoda]] {{Wydarzenie Infobox |name=Wyścig z czasem |date=999.M41 |imperialdate= |planet=Skelus |place= |scenario=Wyścig z czasem }} == Podsumowanie == == Raporty == == Opowieść Moiry == <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Czy [[Castus|go]] znałam? Ha, to pytanie mocno na wyrost. Ale owszem, miałam tę wątpliwą przyjemność spotkać go osobiście.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">To był ostatni rok 41 millenium… Tak, dobrze kojarzysz. Właśnie wtedy rozpoczęła się słynna Czarna Trzynastka – choć szczerze mówiąc, początkiem wiosny mało kto spodziewał się, jakim torem potoczy się nasza historia. Zajmowałam się właśnie pilnowaniem własnych interesów, gdy przyszły rozkazy od Jej Wysokości Wszechmocnej Ekscelencji Pajęczycy, czyli Inkwizytor [[Ariadne]], wtedy jeszcze w drodze do stołka Wielkiej Mistrzyni Sektora Gothic. Mimo najszczerszych chęci nie wypadało odmówić, w końcu to ona dała mi kolejną szansę, zamiast posłać na stos jak re… khm, nieważne zresztą. Jak zatem przystoi dobremu akolicie, stawiłam się na Port Mo, by w ostatniej chwili załapać się na pokład ciężkiego krążownika klasy Dominator, goszczącego Ariadne wraz obstawą. Nasz okręt, jak się okazało, był częścią większego zgrupowania – ktoś zebrał sporą flotę i pchnął ją w stronę tego wiecznego kotła znanego jako Brama Cadii. Masa transportowców i okrętów eskorty, dwa pancerniki, barki uderzeniowe Astartes – około 20 zakonów Marines w jednym miejscu zapewne na każdym zrobiłoby wrażenie.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Zarówno destynacja lotu, jak i dokładne wytyczne na temat działań po dotarciu na miejsce były tak ściśle tajne, że pewnie sami Lordowie Terry nie mieli o nich pojęcia. Inkwizytor Ariadne też nie raczyła uchylić najmniejszego rąbka, zajmując się jakimiś niezwykle ważnymi ustaleniami z Bratem Kapitanem Bjölfem, tym od czarnych zbroi. Tak czy tak, dla zabicia czasu zajmowaliśmy się okupacją mesy. Moja rada: Nigdy nie graj w karty z Vindicare – zawsze oszukują. Nie graj też z Astartes – są mistrzami w zachowaniu pokerowej twarzy. No i unikaj partyjek z mieszkańcami Thracian Primaris – nie potrafią przegrywać i mają brzydki zwyczaj machania bronią. Skąd wiem, pytasz? Proste… stamtąd właśnie pochodzę.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Poza mną ze świty Ariadne lecieli wtedy sawant Varel i bliźniaki Vindicare; [[Artemis]] i Apolion. Stary nudziarz Varel nie udawał nawet, że ma ochotę dotrzymać nam towarzystwa, więc dokooptowaliśmy do karcianego stolika Braci Marcusa i Caima, którym najwyraźniej też doskwierał nadmiar energii przy niedoborze miejsca do jej wyładowania. Wspominałam już, że cały krążownik wypchany był Gwardią Imperialną? Mogłabym przysiąc, że nocami słychać było jęk przeciążonego poszycia.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Sam lot przebiegał bez problemów i akurat w momencie, kiedy ktoś otwarł usta, by wyrzec wiekopomne „Jest spokojnie… zbyt spokojnie”, odezwały się alarmy, przerywając mi pogawędkę z Bratem Marcusem. Swoją drogą, nie dawaj wiary plotkom, jakoby Ultramarines byli bandą nudziarzy, chyba że lubisz miłe niespodzianki. No, ale wracając. Alarm. W stanie podwyższonej gotowości i ogólnym rozgardiaszu ciężko było mi znaleźć Ariadne. Szczęśliwie pojawił się Kapitan Bjölf, który zabrał nas na mostek i niechaj - ktoś – spróbuje – go - powstrzymać – jacyś – chętni - nie? – no - właśnie. A tam oczom naszym ukazał się niezwykle sielski obrazek. Kapitan z zaciętym wyrazem twarzy, jego obstawa celująca do władczo wspartej o panel kontrolny Ariadne, zaś po obu stronach pomieszczenia złożeni do strzału Apolion i Artemis, gotowi na najmniejszy znak zrobić z tego miejsca krwawą łaźnię. No cóż, kiedy Stara Pajęczyca bierze się do roboty, to nic tylko usiąść i robić notatki. Kapitan twardo szedł w zaparte, ale dyskusja z Ariadne jest jak pojedynek na spojrzenia z kotem. Można – ale po co?</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Gdy z zebranych opadły pierwsze emocje, ktoś raczył wyjaśnić przyczynę całego zamieszania. Okazało się, że podczas skoku floty, jedna z barek wiozących Astartes z zakonu Mrocznych Aniołów odłączyła się od konwoju, zmierzając w bliżej nieokreślonym kierunku. Według danych wraz z nimi na pokładzie przebywał pewien Inkwizytor i to jego Pajęczyca uznała winnym całego zamieszania, po czym zadecydowała o wszczęciu pościgu. Rzecz jasna nie spodobało się to kapitanowi, ale wszelkie jego obiekcje rozproszyła argumentacja Szefowej, poparta milczącą i złowrogą obecnością bliźniaków. Nawigator wyśledził cel podróży barki; znajdujący się na obrzeżach Oka Terroru układ Skelus, teraz opuszczony grobowiec jakiegoś dawno zapomnianego Zakonu. Czego oni mogli tam szukać, jeden Imperator raczy wiedzieć – a przynajmniej tak sądziliśmy, dopóki nie ujrzeliśmy reakcji Ariadne. Szefowa najwyraźniej domyśliła się czegoś, bo rozkazała utworzyć grupę infiltracyjno-uderzeniową i wypuścić ją na powierzchnię Skelus, gdy tylko krążownik, tropiąc barkę, wskoczy do systemu.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Nie muszę chyba dodawać, że znalazłam się w pomienionej grupie, wraz z Artemis i naszymi kumplami od kart – Marcusem i Caimem. Aby odwrócić uwagę od wesołej czwórki, Pajęczyca urządziła pokazówkę po drugiej stronie planety, pozwalając Gwardii przeprowadzić manewry pod tytułem „szukamy samowolnego Inkwizytora”. My zaś rozpoczęliśmy wyścig z czasem, oraz osobnikiem, którego działania tak bardzo poruszyły Ariadne. Naszym zadaniem było dostanie się do ruin siedziby martwego Zakonu, odnalezienie pewnej maszyny czy innego wichajstra i wyciągnięcie z niego rdzenia, który następnie należy grzecznie przynieść szefowej w zębach. Tyle planu, wykonanie to już oddzielna historia. Po pierwsze, wylądowaliśmy dobrych parę godzin forsownego marszu od punktu docelowego, bo przecież kto by się przejmował czymś tak banalnym jak celność zrzutu z orbity. Po drugie, już na pierwszym postoju zaatakowała nas horda lokalnych orków, nie pozwalając nawet porządnie odetchnąć. No i po trzecie, gdy już udało nam się dotrzeć do ruin, ruszył na nas komitet powitalny w sile dwóch tuzinów Marines Chaosu wspartych czarownikiem. Znana Ci jest historia bitwy o Gorące Wrota? No właśnie… wiesz już, w jakiej byliśmy wtedy sytuacji. Jednakże zanim zdążyliśmy heroicznie polec, zabrawszy wcześniej ze sobą tylu wrogów ilu tylko zdążyliśmy ubić, pojawił się deus ex machina, a właściwie eldar ex ruina. Tego akurat nie zdołałam obejrzeć, bo byłam zbyt zajęta umieraniem – pociski czystej energii mają często brzydką tendencję to podpalania celu – i gdyby nie Artemis, pewnie nie miałabym okazji kusić losu po dziś dzień.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Eldarski pogromca Chaosu, jak się okazało, przybył tam w tym samym celu co i my, czyli po rdzeń. Nie wiem, czym dokładnie przekonali go nasi Astartes, ale zgodził się udostępnić kopię danych z maszyny do wglądu Szefowej. Nim zniknął równie tajemniczo jak się pojawił, przestrzegł nas przed rychłym przybyciem Arhimana, czego wtedy – o słodka naiwności – nie pojęliśmy. Nie był to jednak czas na dywagowanie nad mętnymi eldarskimi słowami. Szybki kontakt z krążownikiem zapewnił nam przylot małej jednostki z zapasami amunicji i medykamentów. I kolejnymi rozkazami. Ariadne udało się zidentyfikować miejsce pobytu tajemniczego Inkwizytora, do nas należało jedynie go złapać. Ot, taka drobnostka, wymagająca przedzierania się przez zapełnione mutantami i innymi pokracznymi, skażonymi Chaosem stworami tunele wiodące do ogromnego podziemnego kompleksu. Artemis, kochana dziewczyna, zdecydowała się zostać z nami, zamiast zamienić się z bratem i wrócić na okręt. Nigdy nie zapytałam, czy zrobiłaby to samo, wiedząc co nas potem czeka.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">Zagłębiliśmy się w labirynt. Detale wędrówki pozwolę sobie opuścić, no bo co interesującego może być w opowieściach o strzelaniu do chaotycznych pomiotów. Za to w pewnym momencie coś się stało… Nie wiem, czy pojmiesz, nawet gdybym starała się to wytłumaczyć – język bardzo często bywa zbyt ubogi na określenie tajemnic Immaterium. Wyobraź sobie nagłą zmianę w naturalnym rytmie pulsu świata, swego rodzaju załamanie wzorca, którego nieregularne echo rozchodzi się, przenikając wszystko na swojej drodze. Już? No więc w niczym to tego nie przypominało. Za to dało nam dodatkowy powód, by jak najszybciej wkroczyć do kompleksu, którego ściany, wykonane z dziwacznego, zielonkawego kamienia wkrótce pojawiły się przed nami. Minęliśmy zwłoki Marines Chaosu i coś, co przypominało szczątki posągu lub golema i po krótkim kluczeniu trafiliśmy do sporej sali z czymś w rodzaju wbudowanej w podwyższenie konsolety. A tam… był [[Castus|on]], we własnej osobie, otoczony świtą Mrocznych Aniołów. Po chwili konsternacji i wzajemnego trzymania się na celownikach, raczył poinformować nas, że tajemniczy Arhiman, o którym wcześniej wspominał eldar, był tu nie dalej jak godzinę temu (co tłumaczyłoby wcześniejsze zjawisko), a nasz krążownik uciekł, spisując nas tym samym na straty. Jakby tego było mało, kompleks zaczął się rozpadać, w każdej chwili grożąc nam pogrzebaniem żywcem. Czy co? Czy nasz nowy znajomy zaoferował nam pomoc? Skądże znowu. Dysponował co prawda teleporterem, ale wyłącznie dla siebie i swojej świty. My zostaliśmy, opuszczeni przez naszych pracodawców, kilkaset metrów pod ziemią, mądrzejsi o kilka informacji na temat Arhimana i z potencjalną długością życia śnieżki w piecu hutniczym. Wydawało się, że jedyne co nam pozostało to rachunek sumienia, gdy tuż obok otwarła się szczelina w osnowie świata i pojawił się w niej nasz niedawno poznany eldar, z sobie tylko znanych powodów zdecydowany odsunąć nasze spotkanie z zaświatami.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">I tak oto xeno pokazał ludzką twarz, ratując nas przed niechybną zagładą… Choć tu akurat wielu przedstawicieli Ordos zapewne polemizowałoby twierdząc, że śmierć jest lepsza niż dobrowolne wstąpienie na eldarskie ścieżki w Spaczni. Jako że jednak nigdy nie znaleźli się na naszym miejscu, pozostaje życzyć im dalszego, spokojnego i pozbawionego konieczności pragmatycznych wyborów życia. Czy mam za złe Ariadne, pytasz? Dlaczego? I tak nie było dla nas nadziei, a kierowanie się w takiej sytuacji sentymentem i narażanie całej obsady okrętu dla naszej czwórki zakrawałoby na głupotę i lekkomyślność. A o to akurat Starej Pajęczycy posądzać nie sposób.</p> <p align="justify" style="text-indent: 30pt;width: 90%;">A co stało się potem? Cóż, nasz wybawca, Maugan Ra – oddychaj, na Miecz Drususa, oddychaj! No… już lepiej. Tak, to był on, we własnej ponurej żniwiarskiej osobie. Otóż, on zaprowadził nas do…
Szablon:Wydarzenie Infobox
(
tekst źródłowy
)
Szablon:Wydarzenie infobox
(
tekst źródłowy
)
Wróć do strony
Wyścig z czasem
.
Osobiste
Zaloguj się
Przestrzenie nazw
Strona
Dyskusja
Warianty
Widok
Czytaj
Tekst źródłowy
Wyświetl historię
Działania
Szukaj
Nawigacja
Strona główna
Portal społeczności
Bieżące wydarzenia
Ostatnie zmiany
Losowa strona
Pomoc
Narzędzia
Linkujące
Zmiany w dolinkowanych
Strony specjalne